|
wtorek, 17 stycznia 2012
Czekanie
Najgorszy do zniesienia element klasycznej homeopatii. Kontrola dopiero pod koniec miesiąca (no, już nie tak daleko), a tymczasem efekty kuracji spadają. W idealnych warunkach jakiegoś sanatorium może już by się wszystko wyrównało, ale tutaj każdy dodatkowy stres równa się powrotowi sensacji. Zwłaszcza złe samopoczucie na ranczo, na gór szczycie, mimo pięknej pogody. Zmęczenie, nerwy na wierzchu, do tego bezsenna noc na starym materacu. Najgorsze, że zmusiłam się do tego wyjazdu dla świętego domowego spokoju, zamiast zafundować sobie odrobinę luksusu, czyli samotności. Chociaż o to też byłaby pewnie awantura... Złożyłam już jednak podanie u współmałżonka o wyłączenie mnie z planów podróży na Wielkanoc. Pewnie skończy się tym, że pojedzie z córcią na Hawaje albo na Karaiby, a ja zostanę w domu gapiąc się w ścianę. Trudno, przyzwyczajam się do tej myśli. W Polsce jakieś zadymy w sprawie recept, pieczątek? Nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi i nie mam siły się zagłębiać.
poniedziałek, 02 stycznia 2012
LM-sy
Praktycznie od dnia, kiedy zaczęłam przyjmować Arg-Nit LM6 nie potrzebuję lorazepamu. Kiedy zbiera się na atak, biorę dodatkową dawkę i przechodzi. Tylko jeden raz, kiedy po powrocie z ranczo Curtis miał jeden ze swoich wybuchów, musiałam się podeprzeć chemią. Poszło o "Burzę" Szekspira z Helen Mirren. Za moich czasów to się dzieci odpędzało od telewizora, zamiast je zapędzać, ale tym razem Curtis postanowił, zapędzić dziecko do kultury. Ma z nami oglądać, czy chce, czy nie, i to od samego początku. Nie orientując się, że to kwestia życia i śmierci patriarchatu, powiedziałam jej, że może przyjść, kiedy chce. "Wbijcie to sobie do waszych twardych czaszek, że ja tu jestem liderem!" - wrzasnął, po czym stwierdził, że odeśle film do wypożyczalni i nikt z nas go nie obejrzy. Wybiło mnie to z równowagi, tym bardziej, że miałam za sobą 3-godzinną wspólną podróż samochodem. Po godzinie mu przeszło, ale przez ten czas moje ciśnienie podskoczyło i nie chciało opaść. Tydzień brania leku to chyba krótko, ale zważywszy, że przez dwa miesiące z hakiem nie było poprawy, mój optymizm rośnie. Najtrudniejsza w tym wszystkim jest metoda dawkowania LM-sów. To się właściwie w pale nie mieści. Granulki laktozy to jeszcze jako tako przypominają "normalne" lekarstwo, więc człowiek nie myśli, jak to funkcjonuje, ale to? . Z buteleczki, którą najpierw trzeba wstrząsnąć, wkraplam do 1/2 szklanki wody 2 krople, mieszam, piję jedną łyżkę. Roztwór wody, w której kiedyś był azotan strebra, w zwykłej wodzie. Ale ponieważ efekt jest, zostawiam znak zapytania dla przyszłych pokoleń ludzkości. Kolejną zagadką jest to, jak homeopatka wykombinowała właśnie to lekarstwo. Jest ona, jak Sandi, studentka Rajana Sankarana. W jego książce "Sensation in homeopathy" są opisane dwa przypadki Argentum Nitricum. Ten zapis wywiadu nie wydawał mi się zbyt pomocny, bo nie rozumiałam, co Sankaran ma na myśli mówiąc, że ludzie, którzy potrzebują remediów mineralnych mają problem ze strukturą. Teraz oświeciło mnie, że struktura to budynek, budowanie czegoś, np. związku albo kariery. Innym dziwacznym elementem tej metody jest analiza snów. Nagle okazuje się, że dzień po mojej rozmowie mam sen z chwiejącymi się wieżowcami, który jest charakterystyczny dla Arg-nit. Jak można stawiać diagnozę na tak kruchej podstawie? Jednak homeopatka nie miała żadnych wahań. I jest dobrze. Kolejna wizyta pod koniec stycznia.
sobota, 24 grudnia 2011
Mikołaj amerykański
Do Wigilii u nas jeszcze parę godzin, nie zabrałam się jeszcze za wałkowanie ciasta na uszka, ale farsz już zrobiony. Muszę oszczędzać siły, bo cholerna panika ciągle mnie trzyma za gardło, co parę dni, no na szczęście nie codziennie, muszę łykać procha. Dziś jednak przyszło pocztą nowe remedium, od nowej homeopatki - Argentum Nitricum. Wzięłam je z własnej inicjatywy, jako pierwsze kiedy się to piekło zaczęło, 200c - miałam wrażenie, że może lekko pomogło, ale lekarz zlekceważył to i kazał brać Phos 30c, który w ogóle nie zadziałał. Arg Nit mam przepisane w potencji LM6 - tego jeszcze nie próbowałam. Wezmę to wieczorem. Córcia tymczasem uzdrowiona. Dostała na swoje zaburzenie Phos 30, ale bardziej chyba pomogły jej rady pana doktora na temat zmiany obyczajów toaletowych. Przełom nastąpił, kiedy obiecałam jej za trochę "pracy" na sedesie zestaw kart Pokemonów z figurką. Drugi przełom - kiedy zasugerowałam szklankę soku z suszonych śliwek. Córci, która nie znosi żadnych soków poza jabłkowym natychmiast jej się poprawiło i od dziesięciu dni - odpukać - nie było brudnych majtek. Problem ma nazwę enkopresis (enkpreza): dziecko odsuwa w czasie pójście do łazienki, chodzi raz na tydzień, a kiedy kupa już wyjdzie, jest gigantyczna i zatyka muszlę klozetową. Dokładnie to miało miejsce - Curtis dwa razy wzywał hydraulików, którzy wzięli po 200 dol za wizytę i nie znaleźli przyczyn, to znaczy jakichś przedmiotów blokujących przepływ. Wściekał się, oskarżał małą, że wrzuca do muszli zabrudzone majty, ona z płaczem zaprzeczała, on nie wierzył... Nie poprawiało to sytuacji. Na szczęście nasz lekarz kazał mu wyluzować, a ma u niego pewien mir. Trochę się więc pohamował. I mamy teraz w miarę spokojne i zdrowe święta. To pierwszy rok, kiedy córcia "trochę nie wierzy" w Świętego Mikołaja. Parę dni temu zaczęła nas wyzywać od kłamców, ale mam wrażenie, że ciągle czeka, że stanie się coś magicznego i oprócz prezentów od rodziny i znajomych, które już leżą pod choinką, pojawią się też te "z nieba"... Pierwszy raz robimy też Gwiazdkę po amerykańsku - choinkę kupiliśmy na początku grudnia i teraz jest już sucha. Ale tak robią wszyscy, w drugi dzień świąt (tutaj nie obchodzony), drzewko się wyrzuca. Zawsze upierałam się, żeby robić jak w Polsce - adwent, choinka w wigilię i staoi przez cały karnawał. Ale nie miałam w tym roku sił, żeby robić po swojemu, bo czy to w końcu takie ważne? Co kraj, to obyczaj. Curtis wyraźnie zadowolony.
poniedziałek, 05 grudnia 2011
Homeopatia w Chinach
Profesor Steve An Xue opublkiował pracę - niestety po mandaryńsku - w której omawia sytuację homeopatii w Chinach. Streszczenie- abstract: Praca odnosi się do kulturalnych, politycznych i ekonomicznych implikacji wrpowadzenia w Chinach medycyny homeopatycznej. Osobny system medyczny, stosowany na Zachodzie od 200 lat, łączą z klasyczną medycyną chińską (KMC) podstawowe zasady filozofii zdrowia, leczenia, a także źródeł choroby i diagnozowania. Farmaceutyka homeopatyczna mogłaby uzupełnić ziołolecznictwo, które jest częścią KMC, która przeżywa regres pod presją napływu produktów farmaceutycznych z Zachodu oraz z powodu wyczerpywania się rzadkich źródeł ziołowych, spowodowanego nadmierną eksploatacją. Bezpieczeństwo i niski koszt środków homeopatycznych jest ważnym czynnikiem dla około 70% polulacji Chin, która mieszka na terenach wiejskich z ograniczonym dostępem do państwowej opieki zdrowotnej. Praca omawia też elementy polityki państwa i regulacji prawnej homeopatii.
czwartek, 01 grudnia 2011
Daily Telegraph o homeopatii i sceptykach
Trochę mniej niezrównoważony artykuł w mainstreamie na temat homeopatii - "Mała pigułka, duży kłopot." w Daily Telegraph. Nareszcie jakiś reporter zadał sobie trud porozmawiania z przedstawicielami różnych poglądów. Niewielki to trud, bo poszedł do osoby, wcześniej pojawiła się w BBC i opowiedziała swoją historię wyleczenia z raka (dzisiaj jest homeopatką). Wypowiada się też Dana Ullman i wyjaśnia na czym polega bezsens megaanalizy "shang et al" i cytowanie jej jako dowód "końca homeopatii". Między innymi podaje, że niektóre uwzględnione w tej publikacji badania, to były programy pilotażowe, których zadaniem jest testować projekt (design) właściwego testu. Jeden z przedstawicieli "Pubowych Sceptyków" podsumował to bardzo inteligentnie: "Ullman nigdy nie ma racji". Pisałam już o Gemmie Hoefkens przy okazji awantury o homeopatię na Wyspach Brytyjskich. Link do jej występu w telewizji tutaj.
poniedziałek, 28 listopada 2011
Magnesium Muriaticum
Córcia, która od wiosny właściwie ma stale "wypadki" i praktycznie oduczyła się normalnego korzystania z toalety, dostała od homeopaty Mag Mur. Po raz pierwszy dawkuję "nieklasycznie", czyli trzy dni po jednej dawce C30, potem przez dwa tygodnie co drugi dzień. Poprawa była prawie natychmiast, ale teraz stoi w miejscu, tzn zamiast 5 par zabrudzonych majtek dziennie są dwie. Mamy tez przesłać próbki stolca do zbadania (może ma jakieś robale?), ale z córcią ciężko się na ten temat dogadać. Próbuje udawać, że sprawy w ogóle nie ma, denerwuje się, wstydzi. Lekarz wytłumaczył jej, że musi przestać kontrolować pracę organów wydalania siłą woli, dać im robić swoje. Tego samego dnia Curtis posadził ją na toalecie z książką, starając się wymusić wypróżnienie, ponieważ dziecko "oduczyło się korzystać z toalety" i trzeba ją z powrotem "wdrożyć". Musiałam interweniować, bo zrobi dziecku jeszcze większą traumę. Faceci wszytko usiłują zrobić na siłe. Nigdy nie jest to skuteczne, tylko do czasu, kiedy działa strach. Święto Dziękczyniena
Święto, jak zwykle spędzone na naszym odludziu, jak zwykle obfitowało w głupawe i absurdalne sytuacje. W tym roku nie miałam w ogóle ochoty tam jechać i wysłuchiwać po raz 9-ty już skarg Curtisa, jak to społeczność sąsiedzka się stacza, ludzie niewdzięczni są, wykorzystują naszą dobroć i 80-dolarowego indyka żeby sami ze sobą pogadać, nie odwzajemniają się i nie interesują jego osobą. Szczegolną zadrę ma do małżeństwa H, które najwięcej przykłada się do organizacji tej uczty - przywozi stoły i krzesła, jedzenie, prezenty dla córci. Ci podobno najgorzej go ignoruja, bo kiedyś byli "przyjaciółmi". Biedni ludzie nawet nie mają pojęcia jak mu podpadli i za co. Mnie też się dostało, po pierwsze za to, że zgodziłam się na to party, po drugie, że się nie przyłożyłam dostatecznie do przygotowań, sprzątania i zabawiania gości. Powodem były bóle w klatce piersiowej i energia na granicy zasłabnięcia, związane z próbą odstawienia lorazepamu. Musiałam na 15 minut w ogóle wyłączyć się z towarzystwa, bo nie mogłam ustać na nogach i gadać. Nie mówiłam mężowi co się ze mną dzieje (jest w tej sprawie zapis cenzury), wyszło więc na to, że przez lenistwo bezczelnie migałam się od obowiązków pani domu i "wszystko" spadło na barki kilku panów, czyli Curtisa, naszego rezydenta Stephena i paru młodych ludzi, którzy włączyli sie w zmywanie i wycieranie talerzy. To, mam nadzieję, ostatnie takie Dziękczynienie. Najśmieszniejsze, że goście byli zadowoleni, szczęśliwi i wdzięczni za tę uroczystość, nie mając najmniejszego pojęcia, jaką łaskę robi im pan na włościach i jakie w głębi duszy hoduje do nich pretensje. Następnego dnia trzy dwie sąsiadki z psem zabrały go na spacer po lesie. Nie omieszkał jednak zauważyć, że później zostały zaproszone przez małżonków H na oględziny nowej dobudówki. Dlaczego one zostały zaproszone, a on nie? Miała pójść z nimi na ten spacer, ale nagle poczułam, że po prostu nie dam już rady; pewnie w połowie zemdleję. Może trzeba było tak zrobić, strachu by się najadł i skończyłyby sie gadki o jakimś miganiu się i symulacjach. Nie mam już jednak ochoty nic mu udowadniać, chce być ślepy i gluchy i żyć tylko swoimi uprzedzeniami - jego sprawa. Naćpałam się lorazepamu i po chwili świat znów był piękny.
wtorek, 15 listopada 2011
Klops - znowu panika
Od przyjazdu z Polski wszystko układało się dobrze i coraz lepiej, a teraz koniec i bomba i jestem znów w punkcie zero. Oczywiście dwa i pół roku bez ataku to jest coś, ale jednak miałam nadzieję, że to już nie wróci. A jednak póki życia, zawsze mnie to może dopaść, jak się przeforsuję. Najgorsze, że moja niegdyś zbawienna staphysagria tym razem nie daje rady i jestem z powrotem na lorazepamie. Do tego córcia, która w Polsce miewała się dobrze, ze dwa tygodnie po przyjeździe znowu ma problemy z brzuszkiem. Może to jakaś atmosfera naszego domostwa, te napięcia między mną i Curtisem, "trzymanie" emocji? Niedługo po moim ataku mój małżonek mnie pochwalił, że chociaż widzi, że źle się czuję, to na szczęście o tym nie mówię. Myślałam, że dam mu w zęby za tę pochwałę, ale nie miałam siły i oczywiście instynkt samozachowawczy też zadziałał. Widzę na horyzoncie wielkie rachunki medyczne i psychoterapeutyczne. Najgorsze, że nie mam się gdzie wyłączyć i posiedzieć gapiąc się w ścianę. W weekend Curtis zaciągnął mnie na ranczo, bo obiecaliśmy zabrać koleżankę córci i ktoś musiał na dzieciaki uważać. Niby w końcu niewiele się napracowałam , ale wolałabym moją ścianę i słuchanie wszystkich dzieł organowych Haendla.
czwartek, 13 października 2011
Homeopatia w Afryce
Sandi, wróciła właśnie z Tanzanii, gdzie przez 6 tygodni była wolontariuszką w wędrownej klinice homeopatycznej prowadzonej przez Jeremiego Sherr'a i jego organizację Homeopathy for Health in Africa. W 2009 roku, kiedy poznałam Sandi, opowiadała mi o jego pracy z chorymi na AIDS. Teraz spełniła swoje marzenie i pojechała zobaczyć na własne oczy, jak to wszystko wygląda. Tanzania jest krajem dwukrotnie większym niż Kalifornia, z populacją 43 mln. Rząd jest umiarnkowanie skorumpowany (jak na standardy tego regionu), ale w miarę funkcjonujący Mniej więcej jedna trzecia mieszkańców to chrześcijanie, jedna trzecia - muzułmanie i jedna trzecia - różne wierzenia tradycyjne. Mniej więcej 8 procent ludności jest nosicielami wirusa HIV. Rozprzestrzenianiu się epidemii sprzyja plemienna kultura - na przykład w plemieniu Masajów oczekuje się od kobiety uległości seksualnej wobec "wojowników". Sandi opisywała kobietę, której mąż zmarł na AIDS, matkę pięciorga dzieci, najmłodsze to noworodek. Przez 40 dni po porodzie nie wolno jej wychodzić z domu, jedzenie musi być przynoszone z zewnątrz. Raz na tydzień albo rzadziej pojawia się ktoś z odrobiną kaszy kukurydzianej. Jest regularnie gwałcona przez "wojowników". Jedno z dzieci było tak wycieńczone, że nie było nawet w stanie utrzymać w żoładku ofiarowanego pokarmu. Grupa Sandi zabrała je do szpitala na kroplówkę, ale perspektywy przeżycia po jego powrocie do domu są znikome. Szpital w miejscowości, gdzie trafiły był akurat pozbawiony prądu, bo zepsuł się generator. Oznacza to, nie ma krwi do transfuzji, ani żadnych lekarstw wymagających chłodzenia. Pacjenci leżą na ziemi, nikt się nimi specjalnie nie zajmuje. W ciagu wielu wizyt na przestrzeni tych tygodni Sandi widziała tam tylko jedną pielegniarkę, natomiast lekarzy widziała tylko w kościele na jakimś pogrzebie. Tego pierwszego dnia zaczepił ich mężczyzna, prosząc o pomoc dla swojego syna, który leżał w tym szpialu z zapaleniem opon mózgowych. Chłopiec miał ok. 5 lat, był nieprzytomny, gałki oczne odwrócone do tyłu, kończyny sztywne, opuchnięte. Sherr zapytał wolontariuszki, co podać, zaaplikowano dwa remedia, m. in. Apis. Kiedy przyszli następnego dnia, chłopiec miał otwarte oczy. Jego stan systematycznie się poprawiał, po 6 tygodniach mógł już sam wstać i się ubrać. Był z nim normalny kontakt. Ze wszystkich przypadków, które leczyli w trakcie tego wyjazdu, tylko jednej osobie nie udało się pomóc. Zdaniem Sandi w społeczeństwie żyjącym na tak podstawowym poziomie skuteczne leczenie homeopatią jest znacznie prostsze niż w krajach zaawansowanych cywilizacyjnie. W Kalifornii ludzie idą do homeopaty z małymi przypadłościami albo z problemami psychicznymi. W Tanzanii ludzie chorują somatycznie, objawy psychiczne są proste i typowe. Sandi była zdumiona, że jej pacjenci mieli tylko trzy rodzaje snów - o otrzymaniu prezentów, o łowieniu ryb, o uniknięciu niebezpieczeństwa. Stosowali kilka podstawowych remediów i skutki były rewelacyjne. Większość pacjentów Jeremy'ego to chorzy na AIDS. Czy kogoś wyleczył w sensie likwidacji wirusa - tego nie są w stanie stwierdzić. Stwierdzili jednak, że ci ludzie zaczynają lepiej spać, lepiej funkcjonować i iść do pracy, symptomy chorobowe się cofają. Liczba białych krwinek odbudowuje się w szybkim tempie, tyle na razie można udowodnić w badaniu krwi. Sherr leczy ludzi najbiedniejszych, których nie stać na kuracje antywirusowe. Podobno skuteczność tych terapii w ostatnich latach spada - wirus się uodparnia. Konkretne dane statystyczne musże wyciągnąć od Sandi osobiście, kiedy zobaczę się z nią w przyszłym tygodniu. Finansuje tę całą działalność sam Sherr, który przez część roku leczy pacjentów z "pierwszego świata" w Izraelu i jego przyjaciele i znajomi. Tanzania jest krajem tak biednym, że jej waluta porównywalna jest do tego, czym była złotówka w czasach komuny. Miesięczne utrzymanie przedszkola kosztuje tu mniej niż 10 dol. Fundacja Sherr'a funduje kilka etatów nauczycieli i pomaga w projektach edukacyjnych. Sandi była zaszokowana, jak kolosalną siłę nabywczą mają zachodnie waluty. Za równowartość napiwku dla kelnera można opłacić kilka miesięcy edukacji dziecka. Jeremy działa na tym terenie od 3-ech lat i miał w tym okresie około 5 tysięcy konsultacji/pacjentów. Sandi rozważa ponowny wyjazd, a jej koleżanka Vanessa, także wolontarkuszka już się zdecydowała przenieść tam na stałe. Z niecierpliwością oczekuję kolejnego spotkania z Sandi.
czwartek, 06 października 2011
Homeopatia w Szwecji -
Naczelny Sąd Administracyjny w Szwecji zdecydował, że lekarze mają prawo polecać pacjentom leczenie homeopatyczne. Stowarzyszenie Lekarzy zawiesiło jednego z medyków w prawie do wykonywania zawodu, ze względu na taką właśnie rekomendację. Sąd orzekł, że lekarz nie naraził pacjenta na niebezpieczeństwo i że doktor leczy w oparciu o źródła naukowe, kiedy to jest konieczne. Doniesienia prasowe w typowy sposób poświęcają jedno zdanie decyzji Sądu, a dziesięć paragrafów reakcji szwedzkiego Stowarzyszenia Lekarzy. No oczywiście podniosło ono wrzask, że świat się przewraca. Faktem jest jednak, że w kolejnym kraju europejskim uznano, że utrudnianie życia ludziom, którzy są zwolennikami tego systemu medycznego nie jest OK. |
Archiwum
Zakładki:
Badania statystyczne
Blogi
Kongres Homeopatyczny W-wa
Królewski Szpital Homeopatyczny w Londynie
Podwójnie ślepe próby
Psychologia Homeopatii
Świńska grypa
Video
Tagi
|